"Ceramika jest często niedoceniana. Ludzie nie mają pojęcia, ile czasu i zaangażowania wymaga jej wykonanie"
- Hubert Graczyk

- 9 godzin temu
- 5 minut(y) czytania
W czasach masowej produkcji i szybkich rozwiązań wciąż istnieją rzemieślnicy, dla których praca z materiałem to coś więcej niż zawód. Jednym z nich jest Łukasz Dzieciątkowski, garncarz z wielopokoleniowej rodziny, który kontynuuje tradycję sięgającą kilku pokoleń. O swojej codziennej pracy, pasji i wyzwaniach opowiedział w rozmowie.
Garncarstwo w rodzinie Dzieciątkowskich to tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie. Łukasz Dzieciątkowski jest już jej piątym przedstawicielem. - Tego zawodu uczyłem się od taty, od najmłodszych lat - mówił. Pierwsze naczynia stworzył jeszcze w szkole średniej i jak podkreślał, zyskały one uznanie jego taty. Choć ceramika była obecna w jego życiu niemal zawsze, nie od razu stała się głównym zajęciem. Po studiach pracował zawodowo, a pracownia prowadzona przez ojca funkcjonowała obok. Zmiana przyszła wraz z chorobą taty. - Musiałem przejąć pracownię, a pracy było tak dużo, że zrezygnowałem z etatu - opowiadał. Pandemia COVID-19 ponownie pokrzyżowała plany. Jak mówił, wrócił wtedy do pracy etatowej, a ceramika znów stała się dodatkiem. Dziś jednak w pełni poświęca się swojej pasji. Od czterech lat prowadzi własną pracownię, tworzy ceramikę i prowadzi warsztaty. Swoją wiedzą dzieli się w szkołach, domach kultury oraz muzeach w całej Polsce. Współpracował m.in. z Muzeum Archeologiczne w Biskupinie, Wielkopolski Park Etnograficzny w Dziekanowicach czy Muzeum Okręgowe w Koninie, prowadząc pokazy pracy garncarza i warsztaty dla uczestników w różnym wieku.
Jak przyznawał Łukasz Dzieciątkowski, dziś trudno mu wskazać, jakie naczynie było tym pierwszym. - Podejrzewam, że była to jakaś prosta doniczka albo miseczka - mówił, podkreślając, że na początku najważniejsze było opanowanie podstawowych kształtów. Proces nauki, jak zaznaczał, wymaga czasu i cierpliwości. - Sztukę toczenia na kole garncarskim poznaje się stopniowo, z czasem i praktyką glina zaczyna nas słuchać - tłumaczył. Dodawał, że dopiero wtedy możliwe jest swobodne przenoszenie pomysłów z głowy na koło garncarskie.
Praca garncarza to jednak znacznie więcej niż samo tworzenie naczyń. – To nie tylko robienie ceramiki, ale też jej sprzedaż i promocja swojej pracy - podkreślał Łukasz Dzieciątkowski. Jak tłumaczył, wszystko zaczyna się od odpowiedniego surowca. Glinę sprowadza z okolic Bolesławca, gdzie - jak mówił - dostępne są jedne z najlepszych materiałów do pracy. Surowiec jest tam badany i oczyszczany, a następnie trafia do pracowni, gdzie przechodzi kolejne etapy przygotowania. - Glina musi być odpowiednio wyrobiona, mieszana i odleżeć, żeby nadawała się do pracy - wyjaśniał. Sam proces tworzenia naczyń wymaga dużej precyzji i doświadczenia. Garncarz podkreślał, że specjalizuje się w cienkościennych formach, które nie należą do najłatwiejszych. - Jest tylko kilka osób w Polsce, które potrafią toczyć tak cienkie naczynia - mówił. Po uformowaniu naczynia muszą przez kilka–kilkanaście dni spokojnie wysychać. Następnie trafiają do pieca na pierwsze wypalanie, a później - po nałożeniu szkliwa - przechodzą kolejny proces w bardzo wysokiej temperaturze. Jak zaznaczał, korzysta zarówno z nowoczesnych pieców elektrycznych, jak i tradycyjnego pieca opalanego drewnem. Używane przez niego szkliwa pochodzą z Polski Instytut Ceramik. Jak podkreślał, są one bezpieczne, pozbawione metali ciężkich. Na tym jednak praca się nie kończy. Gotowe wyroby trzeba jeszcze sprzedać i znaleźć dla nich odbiorców. Dlatego, jak mówił, równie ważna jest bezpośrednia praca z ludźmi. Prowadzi warsztaty w szkołach i domach kultury, podczas których uczestnicy mogą spróbować swoich sił przy kole garncarskim. - Pokazuję, pomagam i opowiadam o ceramice, a później zabieram wykonane prace do wypalenia - dodał.
Choć z boku może wydawać się spokojnym zajęciem, praca garncarza jest wymagająca i czasochłonna. - To trudna i pracochłonna praca - podkreślał Łukasz Dzieciątkowski. Samo przygotowanie surowca zajmuje mu nawet jeden dzień w tygodniu, aby zapewnić materiał do dalszej pracy. Mimo że przy kole garncarskim spędził już około 20 lat, doświadczenie nie oznacza możliwości przyspieszania procesu. - Każda rzecz musi być wykonana starannie, bo inaczej może pęknąć podczas suszenia albo wypalania czy się skrzywić - tłumaczył. Równie dużej precyzji wymaga szkliwienie. Szkliwo musi mieć odpowiednią konsystencję i być cały czas mieszane, aby naczynia nadawały się do użytku. To także praca fizyczna. - Każdy kilogram gliny musi przejść przez moje ręce - mówił. Jak dodał, w ciągu roku przerabia około trzech ton surowca, co najlepiej pokazuje skalę wysiłku, jaki wkłada w swoją codzienną pracę.
Materiały do pracy Łukasz Dzieciątkowski pozyskuje od sprawdzonych dostawców. - Glinę zamawiam w Bolesławcu i okolicach, w zakładach materiałów ogniotrwałych - mówił. Jak wyjaśniał, surowiec trafia do niego na paletach w formie półsuchej, a najmniejsza partia, jaką zamawia, to jedna tona. Równie świadomie dobiera pozostałe komponenty. - Szkliwa zamawiam z Polski Instytut Ceramiki - podkreślał, dodając, że pracuje wyłącznie na materiałach pochodzących z Polski.
Łukasz Dzieciątkowski prowadzi także warsztaty, które są przede wszystkim okazją do pierwszego kontaktu z gliną. - To forma spotkania z tym surowcem i spróbowania swoich sił - mówił. Zaznaczał przy tym, że nie prowadzi indywidualnej nauki zawodu, a raczej wprowadza uczestników w świat ceramiki. Największe wrażenie robi na uczestnikach sam proces tworzenia. - Najbardziej podoba się moment, kiedy glina zmienia kształt - opowiadał. Jak dodawał, to materiał "szlachetny", który daje ogromne możliwości formowania. Duże emocje budzi także obserwowanie, jak wykonane prace zmieniają się później podczas wypalania i szkliwienia.
W pracy nie brakuje też momentów frustracji, choć z czasem człowiek się do nich przyzwyczaja. - Zdarza się, że coś się skrzywi, pęknie albo po prostu nie wyjdzie - mówił. Jak podkreślał, największym wrogiem w tym zawodzie jest pośpiech. - To najgorszy doradca, wtedy można zepsuć naprawdę dużo rzeczy, i to na każdym etapie pracy - dodał.
Największą satysfakcję Łukaszowi daje mu powracający klient. - Najbardziej cieszy mnie, kiedy klient wraca, bo jest zadowolony z mojej pracy - mówił. W takich momentach czuje, że jego praca ma sens i jest doceniana. - Wtedy człowiek ma poczucie, że robi coś porządnie i uczciwie - podkreślał.
O swoich planach Łukasz Dzieciątkowski mówił dość ostrożnie, podkreślając przede wszystkim realia pracy w rzemiośle. - Nie mam pojęcia, co będzie dalej, ważne jest, żeby ceramika w jakimś stopniu się opłacała, wtedy będę mógł spokojnie pracować i się rozwijać - mówił. Jak zaznaczał, kluczowe jest także utrzymanie samego zawodu. - Najważniejsze jest to, żeby przetrwał ten ginący zawód w dzisiejszych czasach - podkreślał. Zwracał też uwagę na brak świadomości odbiorców. - Ceramika jest często niedoceniana, ludzie nie mają pojęcia, ile czasu i zaangażowania wymaga jej wykonanie - zaznaczył.
Największą radość w swojej pracy Łukasz Dzieciątkowski czerpie z efektów końcowych. - Uwielbiam moment, kiedy zrobię naczynia, wysuszę je, wypalę dwa razy, a potem wyjmuję z pieca i okazuje się, że są wykonane ze starannością, niepowtarzalne i docenione przez klientów - mówił. Podobną satysfakcję daje mu prowadzenie warsztatów. - Gdy uczestnicy są zadowoleni i wracają, to też daje ogromną radość - powiedział.
Garncarstwo to nie tylko rzemiosło, ale także wieloletnia tradycja, pasja i codzienna praca wymagająca cierpliwości. Choć zawód ten bywa niełatwy i pełen wyzwań, daje mu ogromną satysfakcję i poczucie spełnienia. Jak podkreślał Łukasz Dzieciątkowski, najważniejsze jest, aby ta ginąca sztuka przetrwała i była dalej przekazywana kolejnym pokoleniom.
Zdjęcia z archiwum prywatnego Łukasza Dzieciątkowskiego









