"Nie pieniądze, nie dobra materialne, nawet nie moje ukochane podróże cieszą tak bardzo, jak świadomość, że mogłem komuś dać nadzieję i być może uratować życie"
- Hubert Graczyk

- 15 godzin temu
- 3 minut(y) czytania
Walentynki to nie tylko święto zakochanych. To także dobry moment, by przypomnieć sobie, że miłość można okazywać szerzej - zupełnie obcym ludziom, których los stawia na naszej drodze. Historią takiej właśnie miłości podzielił się z nami Piotr Jóźwiak, który dał drugiemu człowiekowi coś bezcennego: nadzieję na życie.
- Decyzja była tak naprawdę spontaniczna - wspominał Piotr. Było to kilka lat temu, gdy jako psycholog pracujący w Zespole Szkół Politechnicznych we Wrześni współorganizował Dzień Dawcy Szpiku. Pełnoletni uczniowie mogli się wtedy zarejestrować w bazie potencjalnych dawców. On sam - razem z innymi nauczycielami - również to zrobił. - Chciałem dać dobry przykład. Cel był szczytny. Wiele osób choruje nie tylko w Polsce, ale na całym świecie - mówił. Działalność Fundacji DKMS ma wymiar globalny, dlatego decyzja o rejestracji była dla niego oczywista.
Przez kilka lat nic się nie działo, aż do października ubiegłego roku. Zadzwonił telefon z warszawskim numerem. Piotr odruchowo go odrzucił, myśląc, że to kolejna oferta marketingowa. Chwilę później przyszedł mail z pilną prośbą o kontakt. - Mój bliźniak genetyczny potrzebuje mojej pomocy - tak brzmiała informacja. Rozpoczął się proces przygotowań: badania, konsultacje i oczekiwanie. W pewnym momencie konieczne było przedłużenie „rezerwacji”, bo stan zdrowia pacjentki nie pozwalał jeszcze na przeszczep. - Oczywiście zgodziłem się bez wahania - powiedział Piotr Jóźwiak. Od momentu pierwszego telefonu Piotr musiał bardzo na siebie uważać. Nie mógł wykonywać żadnych zabiegów, tatuaży, oddawać krwi. Wiedział, że w chwili rozpoczęcia procedury po drugiej stronie ktoś będzie przygotowywany do przeszczepu. - Wtedy zaczyna się ogromna odpowiedzialność. Jeśli coś wydarzyłoby się dawcy, mogłoby to skończyć się tragedią dla pacjenta – podkreślał. 19 stycznia w klinice w Poznaniu przeszedł serię bardzo szczegółowych badań. - Lekarze cały czas powtarzali, że dbają nie tylko o biorcę, ale i o moje bezpieczeństwo. Czułem się naprawdę zaopiekowany - zaznaczył.
Kilka dni przed pobraniem szpiku, Piotr przyjmował zastrzyki, które pobudzają organizm do produkcji komórek macierzystych. Nie było łatwo - gorączka, bóle kości, osłabienie - ale, jak sam przyznawał, świadomość tego, że może komuś pomóc pomagała w niwelowaniu dyskomfortu. W tym samym czasie rozpoczęły się również procedury medyczne u jego genetycznego bliźniaka. - Kolokwialnie mówiąc, zaczęto wyniszczać jej układ odpornościowy właśnie chemią, praktycznie do zera, żeby ona potem mogła przyjąć mój szpik, więc było takie napięcie i taka największa odpowiedzialność - wyznał Piotr Jóźwiak. Podkreślił, że warto skorzystać wtedy ze zwolnienia lekarskiego, które jest w 100% płatne, aby nasz stan zdrowia był odpowiedni do przeprowadzenia przeszczepu.
Samo pobranie odbyło się w szpitalu przy ul. Szamarzewskiego w Poznaniu. Proces trwał kilka godzin i przypominał oddawanie krwi – bezboleśnie, pod stałą opieką personelu. Ponieważ pierwszego dnia nie udało się zebrać odpowiedniej ilości komórek, procedurę powtórzono następnego dnia. - Wyszedłem osłabiony, ale z ogromną satysfakcją. Emocje były niesamowite - oznajmił Piotr. Po oddaniu szpiku dowiedział się, że jego bliźniakiem genetycznym jest kobieta około 50. roku życia, a przeszczep odbył się w Polsce. Na razie mogą kontaktować się anonimowo, za pośrednictwem fundacji. - Piszę do niej listy. Na raty, bo to trudne emocjonalnie. Trzymam za nią ogromnie kciuki - powiedział.
Piotr Jóźwiak podkreślał, że w całym procesie nie był sam. Dziękuje bliskim, znajomym i przyjaciołom za wsparcie i dobre słowa, także tym zupełnie obcym osobom, które okazywały mu życzliwość. Dziękuje dyrekcji Zespołu Szkół Politechnicznych we Wrześni za zrozumienie i wsparcie. Słowa uznania kieruje także do swojej lekarki rodzinnej - pani Włodarczyk. - Była ze mną w całym tym procesie, wspierała mnie, gratulowała i była ze mnie dumna - zaznaczył. Nie zapomina też o personelu medycznym. - Ogromne podziękowania należą się całemu zespołowi szpitala przy ulicy Szamarzewskiego w Poznaniu. Opieka była na najwyższym poziomie - ocenił.
Teraz Piotr wraca już do pełni sił i zachęca innych do rejestracji: świadomej i odpowiedzialnej. - Im więcej nas w bazie, tym większa szansa, że ktoś doczeka się swojego telefonu. A to może być telefon, który uratuje czyjś świat - powiedział. Wyznał, że czuje ogromną satysfakcję, że może komuś pomóc. - Nie pieniądze, nie dobra materialne, nawet nie moje ukochane podróże cieszą tak bardzo, jak świadomość, że mogłem dać komuś nadzieję i być może uratować życie - spuentował Piotr Jóźwiak.
Zdjęcia z archiwum prywatnego Piotra Jóźwiaka


















